Tyle wstępu, a teraz… do rzeczy. Postanowiłem pojechać do Bułgarii, by zobaczyć i poznać innych ludzi, inne góry, wreszcie – cieplejsze morze. Najtaniej było to uczynić, wybierając podroż pociągiem w obie strony. Tak się składało, że w tamtych latach (był to rok 1974) kursowały latem pociągi: jeden z nich jechał do Sofii przez Przemyśl, Lwów, Czerniowce, Vadul Siret, Bukareszt, Ruse do Sofii (dwa wagony sypialne); drugi, składający się z większej ilości wagonów (kuszetki i sypialne) prowadził również przez Ukrainę i Rumunię, ale kończył trasę w Warnie i Burgas. Tak się złożyło, że w pierwszej kolejności pojechałem w góry przez Sofię, wracałem zaś z nadmorskiej Warny.
Ruszyłem więc
objuczony potężnym plecakiem (tzw. waciakiem – typowo górskim, ze stalowym stelażem). Na warszawski dworzec centralny odprowadziła mnie niedawno poznana Marianna, która mnie zauroczyła niemal od pierwszego wejrzenia. Chyba z wzajemnością, bowiem przygotowała dla mnie na podróż sporo kanapek. Czekała mnie bowiem trzydziestosześciogodzinna podróż do Sofii.
Pociąg ruszył
w godzinach porannych z Warszawy, by przez Skarżysko-Kamienną, Sandomierz i Przeworsk dotrzeć do Przemyśla wczesnym popołudniem. Tutaj postój trwał około trzech godzin, bowiem oprócz kontroli celnej i granicznej, trzeba było wymienić wózki w wagonach na inne, dostosowane do pracy na szerokich torach. Ta operacja odbywała się na pobliskiej bocznicy, wyposażonej w odpowiedni sprzęt podnoszący pudła wagonów i wymianę wózków. Po tej operacji wagony zostały podstawione już na inny peron z torami szerszymi. Doczepiono również około ośmiu wagonów charakterystycznych dla ówczesnego ZSRR w relacji Przemyśl – Czerniowce.
W trzyosobowym przedziale sypialnym w podróż wybrało się również młode małżeństwo określające swoje pochodzenie na macedońskie. Sęk w tym, że ten starożytny naród w czasie od II wojny światowej do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku był podzielony pomiędzy Bułgarię, Grecję i Jugosławię. Moi znajomi z przedziału określali się jako bezpaństwowcy o korzeniach właśnie macedońskich. Ponieważ studiowali w Polsce, biegle posługiwali się językiem polskim i mogliśmy rozmawiać dość swobodnie.
Do Lwowa dojechaliśmy około osiemnastej (dwudziestej czasu tamtejszego), zaś wyjechaliśmy po godzinnym postoju około godziny dwudziestej. Droga przez Ukrainę wiodła przez Chodorów, Bursztyn z jego ogromną elektrownią, Iwano-Frankowsk (Stanisławów), Kołomyję i Czerniowce.
Tuż przed granicą z Rumunią – na stacji Wadul Siret – nastąpiła powtórna operacja zmiany wózków w wagonach przekraczających granicę. Oczywiście nastąpiła również kontrola paszportowa i celna. Był na to czas, bowiem spędziliśmy w tym miejscu znowu około trzech godzin. Była jeszcze ciemna noc, gdy przekraczaliśmy rumuńską granicę zdążając do Vicşani, a następnie do Dorneşti. Na tej stacji doczepiono (lub zostaliśmy doczepieni) do składu trenul accelleratur (pociągu pospiesznego) zmierzającego do Bukaresztu. Te wszystkie manewry spowodowały, że pociąg nasz osiągnął kilkugodzinne opóźnienie, które już nie udało się zlikwidować aż do stacji Bucureşti Nord, gdzie dotarliśmy około południa.
Tymczasem pociąg relacji Bucureşti Nord – Sofia, do którego miały być doczepione wagony z Warszawy odjechał trzy godziny wcześniej. Zatem zostaliśmy odstawieni na boczny tor, tuż przy stacji i czekaliśmy na następne połączenie, które miało nastąpić tego dnia w godzinach przedwieczornych. Zatem dogadaliśmy się z konduktorem wagonu sypialnego, w którym byliśmy zakwaterowani, że kilka godzin spędzimy na zwiedzaniu Bukaresztu.
Bukareszt
nie był dla mnie obcym miastem. Kilka lat wcześniej dość intensywnie odwiedzałem Rumunię i jej stolicę w celach… Powiedzmy sobie szczerze, bardziej zarobkowych niż turystycznych. Może kiedyś napiszę i o tym, bowiem tkwią w pamięci mojej i osoby, które wówczas spotkałem, i miejsca, które odwiedziłem, i przygody (tak!) jakie miały miejsce w latach 1970-1973.
Towarzysząc moim znajomym Macedończykom obeszliśmy najbardziej
znane miejsca Bukaresztu, a także odwiedziliśmy
bazar, gdzie zaopatrzyliśmy się w owocowy prowiant na dalszą drogę.
Po powrocie do pociągu, pomimo dwunastogodzinnej straty czasu podróży, byliśmy w dobrych humorach i oczekiwaliśmy czasu odjazdu oraz późniejszego przejazdu przez most na Dunaju, który stanowił granicę między Rumunią i Bułgarią. Po stronie rumuńskiej Giurgiu, a po bułgarskiej Ruse stanowiły miejsca kolejnych kontroli paszportowo-celnych. Miejscowe służby potraktowały nas litościwie i właściwie nie przeszkadzały w naszym nocnym odpoczynku.
I tak, niepostrzeżenie, podczas snu, pociąg przejechał kilkaset kilometrów. Gdy się obudziłem, za oknem zobaczyłem niezwykły krajobraz. Głęboka, wijąca się dolina rzeki Iskar i zboczem poprowadzona linia kolejowa wiodąca w kierunku Sofii. Po niemal dwóch godzinach pociąg dotarł do dworca centralnego stolicy Bułgarii. Tu rozstałem się z moimi towarzyszami podróży i zacząłem się rozglądać za transportem kolejowym w kierunku gór stanowiących cel mojej peregrynacji. Miałem niemało szczęścia, bo niedługo po przybyciu został podstawiony międzynarodowy pociąg z Sofii do Salonik w Grecji. Ponieważ miałem już w Polsce wykupiony bilet do miejscowości Sandanski, a ów pociąg również tam się zatrzymywał, nie patrząc na brak miejscówki wsiadłem. Wagon do którego trafiłem jechał tylko do miejscowości Kułata, granicznej z Grecją. Jadący w przedziale Bułgarzy przyglądali się mojej osobie z dużym zaciekawieniem ze względu na inną karnację niż oni, inny – choć podobny nieco – język, którym próbowałem się porozumieć z nimi, wreszcie potężny plecak z widocznymi turystyczno-górskimi atrybutami.
Kilka godzin upłynęło do chwili, gdy
wysiadlem z pociągu na stacji w Sandanski.
Uderzyło mnie ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco panujące na zewnątrz. Niebawem
wsiadłem do autobusu rodzimej produkcji marki Czawdar, by dojechać do centrum miasteczka Sandanski, leżącego u stóp masywu Pirynu i jednocześnie będącego uzdrowiskiem. Autobus dowiózł mnie do centralnego placu i po kilku chwilach zostałem sam. Dookoła ani żywej duszy, temperatura tak na moje oko powyżej trzydziestu stopni, słońce w zenicie i rozpalone kamienne płyty wypełniające przestrzeń centrum miasta. Po prostu czas południowej sjesty.
Nie wiedziałem w którą stronę mam się udać aby szukać jakiegoś noclegu. Wyposażony byłem jedynie w mapę fizyczną Bułgarii i... optymizm. Zacząłem rozglądać się za informacją turystyczną lub też biurem Bałkantouristu. Po rosyjsku zapytałem przemykającą podcieniem narożnej kamienicy młodą, smagłą i czarnowłosą dziewczynę, czy wskazałaby mi kierunek do najbliższego punktu informacyjnego. Odpowiedziała po bułgarsku, choć z dziwnie brzmiącym akcentem, że zaprowadzi mnie tam. Po drodze, moja ad hoc przewodniczka, zapytała skąd przybywam i co chcę zobaczyć w tym południowym zakątku Bułgarii – użyła w tym celu całkiem dobrze języka rosyjskiego.
Opowiedziałem, że jestem Polakiem i chcę poznać góry Pirynu, ale w tym momencie najchętniej poszedłbym na obiad, ponieważ ostatni ciepły posiłek jadłem kilkadziesiąt godzin temu, jeszcze w Polsce. Dziewczyna się roześmiała i nieoczekiwanie powiedziała:
— Chodź do mnie do domu, dam ci jeść pod warunkiem, że opowiesz o sobie i swoim kraju.
— Hmm, zgoda – odparłem po chwili zastanowienia i niepewności. — A później zaprowadzisz mnie do biura Bałkantouristu?
— Kiedy tylko zechcesz – odpowiedziała.
Z przewodników, które przeczytałem zanim udałem się w podróż do Bułgarii, można było dowiedzieć się, że w miejscowości Melnik, z której miałem wystartować na szlaki Pirynu, znajdują się prywatne mehany (restauracyjki) w których można dobrze i tanio zjeść, a także napić się wybornego miejscowego wina. Więc z głupia frant zapytałem:
— A u ciebie w domu jest może piwniczka z winem?
Dziewczyna spojrzała na mnie przekornie i powiedziała, a jej oczy zmrużyły się filuternie:
— U nas prawie w każdym domu jest taka piwniczka. Przyjdziemy, to zobaczysz. A jak masz na imię? – zapytała.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że od dobrej pół godziny rozmawiamy ze sobą, a nie przedstawiliśmy się. Pragnąc nadrobić tę niezręczność odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że Krzysztof, ale może na mnie mówić Christo.
— Moje imię to Stanka, ale wolę, gdy na mnie wołają Leyla.
Jedno imię jest bułgarskie, zaś to drugie – tureckie. Tu, na południu Bułgarii jest duża mniejszość, a może nawet większość turecka.
Przystałem na to drugie rozwiązanie i powiedziałem, że podobnie brzmiące imię – Layla jest tytułem znanych przebojów muzyki rockowej. W 1970 roku zespół Derek and the Dominos wykreował utwór o tym tytule, zaś w 1973 roku Eric Clapton, występując już samodzielnie wyniósł na sam szczyt popularności, nieco modyfikując linię melodyczną.
Leyla zapytała się mnie, skąd mam tyle wiedzy muzycznej? Odpowiedziałem, że to długa historia i opowiem wszystko, gdy dojdziemy do jej domu.
Oczywiście po drodze minęliśmy miejscowy punkt Bałkantouristu udając, że jego nie dostrzegamy. Niebawem dotarliśmy do celu. Był to typowy bułgarski dom, gdzie parter był kamienny, zaś piętro pomalowane na biało zwieńczone czerwonym dachem.
Leyla powiedziała, żebym usiadł przed domem i poczekał, bowiem musi mnie zapowiedzieć i poprosić matkę o zgodę na gościnę. Po kilku minutach wróciła uśmiechnięta… ale nie sama. Najpierw pomyślałem, że to moje przywidzenie. Po chwili zrozumiałem, że Leyla przyprowadziła swoją siostrę. Okazało się, że bliźniaczkę o imieniu Penka (jej tureckie imię to Bahar). Przekraczając próg tego domu przelatywaly przez moją głowę tysiące myśli, co mnie tu czeka. Czy jest to gościnność wobec obcej osoby wynikająca z chęci zarobienia pieniędzy za nocleg i posiłek, czy też zupełnie spontaniczne ugoszczenie „zbłąkanego turysty”.
Wewnątrz domu przywitała mnie matka bliźniaczek, z pewnym oporem podała mi rękę, ale nie pozwoliła abym tradycyjnie po polsku ucałował jej dloń. Była to kobieta około pięćdziesięcioletnia, o leciutko szpakowatych włosach, okrągłej twarzy i lekkiej otyłości. Z jej badawczych oczu wyzierało zaciekawienie. Przedstawiłem się mówiąc, że jestem Polakiem i przyjechałem by przejść góry Pirynu z południa na północ. Że moim punktem startowym jest Melnik, położony kilkanaście kilometrów od Sandanski. Że dziękuję bardzo za gościnę, że postaram się nie przyczynić do powstania żadnych kłopotów.
Starsza pani, mówiąca po bułgarsku, czy nawet w jakimś dialekcie, w którym słowa dla mnie zrozumiałe bo słowiańskie mieszały się z zupełnie dla mnie nieznanymi. Nawet nie poznałem imienia tej pani, zwracałem się do niej tak, jak jej córki – mama. Dowiedziałem się również, że mąż gospodyni wyjechał na początku lat siedemdziesiątych do Niemiec za pracą i co miesiąc przysyła pieniądze na utrzymanie domu i kształcenie córek. Obie w następnym roku mają zdawać maturę i próbować studiować w Sofii. A tymczasem…
Na samym wstępie zapytano mnie, czy chcę się wykąpać. Oczywiście skwapliwie przytaknąłem. Zszedłem wraz z gospodynią kilka schodów w dół, gdzie było miejsce do mycia. Przypominało to, znane z krajów arabskich, miejsce rytualnych ablucji. Kamienna ni to wanna, ni to długa na ok. półtora metra umywalka z bieżącą, zimną wodą. Cóż, co kraj to obyczaj. Ale nic z tego. Po chwili jedna z bliźniaczek (miałem kłopot z odgadnięciem która jest która) przyniosła dużą konewkę z gorącą wodą i… wcale nie zamierzała się oddalić, pomimo tego, że zamierzałem rozebrać się do naga. Powiedziała, że w tym domu jest stary zwyczaj, że kobiety usługują przy męskich kąpielach. Poczułem się nieco nieswojo i próbowałem za wszelką cenę odwrócić się tyłem do polewającej mnie dziewczyny. A ona tylko chichotała sobie i w sobie znanym języku coś tam dopowiadała, być może oceniała moją męskość lub bladość skóry, którą przyszło jej polewać.
Ubrany w czystą koszulę, od biedy można było ją nazwać wizytową, zostałem poprowadzony do dużej izby na poziomie, można to określić jako przyziemie lub piwnicę. Tak, to było to pomieszczenie, o którym czytałem w przewodnikach, że jest to mehana, miejsce gdzie można zjeść i napić się. A wszystko to było na pozór w zwykłym domu, na przedmieściach Sandanski.
Wieczorny posiłek nie był wykwintny, ani składający się z wielu potraw. Poczęstowano mnie czymś w rodzaju gulaszu z baraniny, a do tego kasza. Przypomniała mi się wówczas moja eskapada w
Góry Fogaraskie (Alpy Transylwańskie) na terenie Rumunii. Byłem tam dwa lata wcześniej. I też byłem spontanicznie goszczony we wsi Breaza przez miejscowego
kierowcę autobusu, który mnie przywiózł ze stacji kolejowej w Fagaras. Tam też przyjęto mnie czym chata bogata, to znaczy mamałygą (kaszą kukurydzianą) bogato okraszoną skwarkami ze sloniny z odrobiną tylko mięsa. Za to byłem zaproszony na bodajże wesele, gdzie napawałem się oryginalną, rumuńską muzyką ludową (ach te doiny!) i wchodzącą w głowę rakiją.
Zostawmy Rumunię na kiedy indziej. Jestem teraz w dość ciemnej izbie, przy drewnianym stole i dopiero po jakimś czasie, gdy już zaspokoiłem pierwszy głód, zacząłem przyglądać się otoczeniu. Z półmroku wyłaniały się poukładane poziomo w stojakach rzędy ciemnozielonych i brązowych butelek z winem. W rogu stało kilka, może kilkanaście beczek różnej wielkości i jakieś sprzęty, chyba do produkcji wina. Była też ogromna kadź, czy też balia – mniemam, że do rozgniatania winogron.
Leyla (tym razem rozpoznałem ją po owym filuternym mrużeniu oczu, jak wtedy, gdy się poznaliśmy) zaproponowała mi degustację jednej z butelek, mówiąc, że przecież mi to obiecała.
Przy pierwszej butelce
obecna była gospodyni tego domu. Spróbowała i zaakceptowała wybór Leyli, ale tylko zamoczyła usta i zostawiła nas samych, mówiąc, że przyszykuje mi miejsce do spania. Zostaliśmy więc we trójkę. Ja – trzydziestolatek po przejściach i dwie młode, niespełna osiemnastoletnie dziewczyny.
Najprawdopodobniej wypiliśmy jeszcze jedną lub dwie butelki wina. Było to wino na mój gust półwytrawne, dość lekkie i nie powodujące w głowie alkoholowego zamętu. Wręcz przeciwnie, rozmowa nasza pomimo czasem trudności ze zrozumieniem, stała się bardziej klarowna i coraz bardziej sympatyczna.
Nawet nie wiem kiedy poczułem, że bardzo tęsknię za bliskością ciała. Nie, to nie było zwykłe pożądanie. Zresztą, byłoby to dla mojej sytuacji w miejscu, w którym się znajdowałem i ile zawdzięczałem tym ludziom, zwykłe draństwo. Ale… moje spojrzenie najpierw na Laylę, później na Bahar, spotkało się z podobnym wyrazem spojrzenia obu tych dziewcząt.
Nasze głowy zbliżyły się do siebie na tyle, by poczuć przyspieszony oddech nas trojga. Chciałem coś powiedzieć, jednak nie zdążyłem. Nasze policzki przylgnęły do siebie i tak trwały przez długą chwilę w milczeniu. Przez moją głowę przelatywało tysiące myśli i miliony słów, które pragnąłem wypowiedzieć, wyrażając w ten sposób stan, w jakim się znalazłem. Pierwszy raz w życiu, choć miałem za sobą nieudany związek, w którym właściwie jedynym spoiwem było współżycie. W tym momencie uświadomiłem sobie, że takiej bliskości, właściwie bez dotyku, nie doświadczyłem nigdy.
Pierwsza odezwała się Leyla. Właściwie to nie były słowa, lecz ciche pomruki. Dopiero po kilku chwilach, gdy dotknąłem czubkami moich palców jej ukryte pod sukienką piersi, zduszonym i jakby przepraszającym głosem powiedziała jedno słowo, jednocześnie potrząsając potakująco głową:
— Ne moga.
Jej siostra – Bahar, jeszcze mocniej przylgnęła do mnie… i do Leyli.
— Nie sme myusyulmani.
I tak trwaliśmy w bliskości i cielesnej, i duchowej przez długi czas. Uznaliśmy wspólnie granice, do której mogliśmy się posunąć poprzez delikatne muskanie, czy to policzkami, czy to ustami, czy wreszcie końcówkami palców. Były więc nieśmiałe pocałunki, powierzchowne lecz dające niesamowite doznania, były również i te głębokie, jakby oddające samą, czy samego siebie. Pierwszy raz uczestniczyłem w tym miłosnym spektaklu trzech zatraconych w uniesieniu osób. A to wszystko działo się w izbie oświetlonej tylko przez jedną lampę, stojącą gdzieś w rogu. Temu zjawisku przyglądały się jedynie dziesiątki, może nawet setki butelek z przepysznym winem.
Było dobrze po północy, gdy otrząsnęliśmy się z tego dziwnego stanu do którego doprowadziło w pewnym stopniu dobre wino, a również spontaniczne spotkanie. Obie dziewczyny wiedziały ode mnie, że zamierzam iść w góry i mam zaplanowany każdy dzień. Odprowadziły mnie do pokoju, przygotowanego przez gospodynię, a która czekała cierpliwie aż do chwili, gdy pojawiliśmy się. Nie czyniła wyrzutów, że tak długo przebywaliśmy razem, tak jakby była pewna zachowań swoich córek.
Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Sam!
Obudziło mnie krzątanie pani gospodyni. Może celowo, może nie, nuciła pod nosem melodie zupełnie nie przypominające bałkańskich rytmów. Jednocześnie zaglądała ciekawie do pokoju w którym spałem. Najpierw udawałem, że nic nie słyszę, później jednak wstałem i podchodząc do niej zapytałem ni to po rosyjsku, ni to po bułgarsku, ot w takim stworzonym naprędce języku słowiańskim, czy mogę umyć się. Roześmiała się, chyba pierwszy raz tak szczerze i wskazała na wielki gar z wrzątkiem stojący na kuchni, przypominającej niegdysiejsze – kaflowe, z fajerkami.
Nieco zaskoczony postanowiłem jednak pomóc jej w niesieniu naprawdę ciężkiego naczynia z wrzątkiem do umywalni. Jednocześnie poprosiłem o to, bym umył się tym razem bez asysty kobiety. I… przystała na to, śmiejąc się i pokazując swoją mimiką, że ci ludzie z północy są bardzo pruderyjni.
Obie siostry jeszcze spały, gdy ja już przygotowywałem wraz z gospodynią stół do śniadania. Wyjąłem ze swojego plecaka swoje wiktuały, częściowo przygotowane przez Mariannę, by czymś zaimponować ludziom, którzy mnie tak spontanicznie ugościli. Mizerne były jednak te moje starania, na dobrą sprawę nie miałem czym wynagrodzić wczorajszy dzień, wieczór, wreszcie nocleg w przyzwoitych warunkach. Było mi trochę głupio. Poza tym nie zrobiłem żadnego zdjęcia z pobytu w Sandanski, oszczędzałem filmy (a było ich raptem bodajże cztery lub pięć na cały mój pobyt w Bułgarii, to znaczy na ponad dwa tygodnie.
Może właśnie dlatego tak bardzo zapadły mi w pamięć wszystkie momenty z kilkudziesięciu godzin przebywania w miejscowości Sandanski. A to co wydarzyło się wieczorem poprzedniego dnia, było również kontynuowane nazajutrz.
A więc, po śniadaniu – już wspólnym – Leyla zapytała, o której godzinie chcę pojechać w dalszą drogę. W planie miałem opuszczenie miejscowości Sandanski jeszcze w godzinach rannych, ale obie dziewczyny zaproponowały, przy aprobacji ich mamy, bym wyjechał autobusem do Melnika po południu. Stwierdziły, że jeszcze mi pokażą część uzdrowiskową. Bowiem rodzina ta mieszkała nieco na uboczu i poniżej centrum. Z pewnym wewnętrznym oporem zgodziłem się, ale nie wypadało ludziom, którzy mnie ugościli w ten sposób cokolwiek odmówić.
Poszliśmy więc w czwórkę na spacer. Po drodze matka Leyli i Bahar poszła na bazar, my zaś wyruszyliśmy do miejsc, gdzie najczęściej przebywają kuracjusze, wczasowicze, a także miejscowa śmietanka towarzyska. Rzeczywiście, ta część miasta Sandanski była „odszykowana”. Nasuwało mi się pytanie, czy mniejszość turecka w Bułgarii korzysta z tych dobrodziejstw władzy ludowej? Czy żyje na marginesie społeczeństwa? Wiedziałem o rządowej akcji bułgaryzacji nazwisk oraz o siłowym nadawaniu bułgarskich imion, czego dowodem były podwójne imiona moich pięknych znajomych (Leyla – Stanka, Bahar – Penka).
W rozmowie dowiedziałem się o jeszcze jednym sposobie władz państwowych (komunistycznych) na spowodowanie zaniku zjawiska mniejszości tureckiej w Bułgarii, a dotykającym bezpośrednio takie osoby jak Leyla, czy Bahar. Otóż moje znajome, chcące się po maturze dalej kształcić, musiały mieć odpowiednią liczbę punktów. A te można było zdobyć poprzez uczestnictwo np. w zespole folklorystycznym kultywującym jedynie starobułgarską sztukę ludową. Wyprzedzając nieco fakty powiem, że w domu pokazały mi stroje, wypożyczone na okoliczność występów zespołu do którego obie należały. I nawet
podarowały mi swoje zdjęcie wykonane podczas jednego ze spektakli. Gdy kilkanaście lat później sam grałem na skrzypcach w kapeli zespołu folklorystycznego, przypomniało mi się to zdjęcie i przeszukując różne źródła doszedlem do wniosku, że Leyla i Bahar miały na sobie stroje ludowe... z pogranicza bułgarsko-serbskiego (!?).
Jedyne, co mogłem zaproponować, to pójście na lody. I tak się stało. Później wróciliśmy do domu, gdzie czekała na nas mama dziewczyn ze skromnym, ale smacznym posiłkiem (baranina, kasza i pyszny kompot z miejscowych brzoskwiń).
Ponieważ zbliżał się czas wyjazdu (ledwie dwa, czy trzy kursy autobusowe dziennie do odległego zaledwie o dwadzieścia kilka kilometrów Melnika), zgromadziliśmy się przed domem, pod parasolem winorośli, by dopełnić smutnego rytuału pożegnania. Smutnego dla mnie, smutnego dla obu dziewczyn, chyba również nie najweselszego dla ich mamy. Wiedziałem, że będzie bardzo trudno, a wręcz niemożliwe, by jeszcze kiedyś się spotkać. Łzy leciały mi po policzkach, gdy dziękowałem za niesamowitą gościnność. Przytuliliśmy się jeszcze raz do siebie bardzo mocno i…
Wyjechałem z miejscowości Sandanski w kierunku Melnika starym, ale niezawodnym Czawdarem. W głowie mi szumiało od nadmiaru emocji i myśli. Zostałem sam na sam ze swoim plecakiem, do którego mama obu córek chciała w ostatniej chwili wsunąć butelkę wina, które tak bardzo mi smakowało. Odmówiłem, twierdząc, że tylko będzie mi ciążyła w wędrówce przez Piryn. Być może, zrobiło jej się przykro i popełniłem nietakt. I ta myśl błąka się po mojej głowie ilekroć wspominam moje szalone dwadzieścia cztery godziny w Sandanski.
Po niecałej godzinie autobus rejsowy
z Sandanski do Melnika
zabrał mnie w dalszą podróż. Przez okno widziałem odprowadzające mnie bliźniaczki. W ich oczach było coś, co utkwiło we mnie do końca życia…
I tu będzie mała dygresja. Otóż w czerwcu 1997 roku, razem z zespołem folklorystycznym „Stokłosy” jako skrzypek-prymista, byliśmy uczestnikami festiwalu „Velungis” w Kłajpedzie na Litwie. Przebywaliśmy tam około tygodnia, kierownictwo zespołu oraz kapela mieszkała w domu studenckim, zaś około trzydziestka młodzieży zakwaterowana została w domach miejscowego zespołu ludowego. Przez czas festiwalu zadzierzgnęły się bardzo silne więzi między młodymi Litwinkami a dziewczętami (chłopcami też) z zespołu „Stokłosy”. Gdy wyjeżdżaliśmy, na przystanku autokaru do Polski zgromadziły się nieomal wszystkie dziewczęta. I wszystkie miały łzy w oczach. Wtedy przypomniało mi się pożegnanie sprzed dwudziestu kilku laty w Sandanski. Przeżyłem to bardzo mocno.
Około godziny trwała podróż z Sandanski do Melnika. Miejscowość ta była znana nie tylko z powodu swojego niezwykłego położenia lecz również z szczególnie dobrego szczepu winorośli, z którego w miejscowych mehanach wytwarzano niebanalne w smaku wina.
Melnik leży u stóp Pirynu i posiadając około dwustu mieszkańców, ma prawa miejskie. Miasto otaczają strome, piaskowcowe zbocza, znane pod nazwą Melnickie Piramidy. Podobno zabytkowych budowli, zarówno sakralnych, jak i świeckich jest około setka.
Po wyjściu z autobusu udałem się na poszukiwanie jakiegoś znośnego finansowo zakwaterowania na jedną noc. Tym razem bardzo szybko znalazłem dość
tani hotel Bałkanturistu. Po zainstalowaniu się w kilkuosobowym pokoju, w którym – okazało się – zamieszkałem sam, wyszedłem na spacer.
Krótki to był spacer, bo i Melnik to zaledwie kilkanaście, no może kilkadziesiąt domów położonych wzdłuż płynącej z gór Pirynu rzeki (bardziej potoku) o takiej samej nazwie jak miasteczko. Najbardziej zafascynowały mnie owe
Melnickie Piramidy, których usytuowanie bardzo przypominało kaniony znane z amerykańskich westernów. Wstąpiłem do jednej z kilku najbliższych mehan, ale jakoś nie miałem ochoty na degustację. A szkoda, bo rok później, podczas podróży poślubnej z Marianną, będąc w Warnie, degustowaliśmy podobno najlepsze czerwone wino, którego nazwa brzmiała „Melnik 13”. Zresztą, jakiś czas później, w polskich sklepach dostępne było wino „Melnik”, jednak nie smakowało tak dobrze, jak to, które piliśmy w Bułgarii.
Dość szybko wróciłem do hotelu, by przygotować się do następnego dnia, już typowo turystycznego. Miałem bowiem w planie dotarcie do pierwszego górskiego schroniska. Dowiedziałem się, że około siódmej rano wyjeżdża z Melnika autobus pocztowy zabierający pasażerów, a jadący do miejscowości Kaszyna przez Karłanowo i Rożen rozwożąc po drodze przesyłki. Postanowiłem skorzystać z tej drogi, skracającej mój marsz pieszy o dobre kilkanaście kilometrów.
Melnik – schronisko Piryn
I tak się stało. Wstałem wcześnie, coś tam udało mi się zjeść naprędce i
ruszyłem w drogę. Wiodła ona dolinami wzdłuż których mogłem podziwiać wspaniały widok na piaskowcowe, strome zbocza. Powiedziałem kierowcy, by zatrzymał się w miejscu, w którym byłoby najbliżej do schroniska. Pokiwał z niedowierzaniem głową mówiąc: idziesz „samiczek” – to znaczy sam? To bardzo daleko – powiedział po bułgarsku, ja i tak zrozumiałem, ale udałem, że mnie to nie zniechęca.
Na jednym z leśnych zakrętów kierowca zatrzymał się i wskazał na odchodzącą w lewo szutrową drogę. To tutaj – rzekł. — Jakieś dwadzieścia parę kilometrów pod górę i będziesz przy hiży Pirin (to znaczy przy schronisku).
Wystartowałem z tego miejsca około ósmej rano. Miałem więc przed sobą co najmniej dwanaście godzin dnia (było to przecież lato). Szedłem sobie dość raźno, pomimo obciążenia dużym plecakiem, nieznacznie wznoszącą się drogą. Dość szybko zauważyłem, że jestem w tym miejscu absolutnie sam. Ani śladu cywilizacji, jedynie
pasące się krowy świadczyły o tym, że w pobliżu muszą być jacyś ludzie.
Po kilku godzinach takiego marszu (odpoczywałem sobie od czasu do czasu, gdy
przy drodze napotykałem maliny, czy jagody) zauważyłem, że droga, którą idę zamieniła się w ścieżkę wiodącą raczej grzbietem wznoszącym się coraz to stromiej.
Osiągnąwszy kulminację (patrząc współcześnie na mapę był to szczyt o nazwie Dżeletnica – 1674 m) zobaczyłem przed sobą jeszcze wyższe szczyty. A ponieważ zbliżała się godzina piąta po południu, wydawało mi się, że cel mojej dzisiejszej wędrówki jest już blisko.
I rzeczywiście tak się stało. Jeszcze kilkanaście zakrętów wiodących cały czas pod górę i… zobaczyłem drogę jezdną dochodzącą z innego kierunku niż szedłem. Teraz już wiedziałem, że jestem prawie u celu. Po kilku minutach ukazał mi się budynek, zupełnie nie przypominający tatrzańskich schronisk. Raczej wygladał jak dawne budynki sanatoryjne ze skierowaną na południe półokrągłą fasadą.
Zupełnie nie pamiętam momentu zakwaterowania w schronisku Piryn (po bułgarsku – hiża Pirin). Również nie pamiętam, czy spałem w sali wieloosobowej, czy też dla cudzoziemca czekał apartament jednoosobowy (żartuję!). Na pewno szybko uwinąłem się z kolacją i wyczerpany dwudziestokilkukilometrowym marszem pod górę usnąłem szybko.
schronisko Piryn – schron Tewno Ezero
Ranek przebiegł tradycyjnie. Najpierw ablucje w zimnej wodzie, później śniadanie w otwartym o godzinie ósmej bufecie i pakowanie się, ponieważ czekała mnie długa droga i to w terenie typowo górskim.
Okazało się, że tuż przed wyjściem spotkałem przed schroniskiem
dwóch Polaków, studentów z Warszawy, którzy po przejściu Pirynu mieli zejść w doliny i zakończyć pobyt w Bułgarii. Podzielili się ze mną wiadomościami o dzisiejszej mojej trasie i z tych informacji dowiedziałem się, że czeka mnie około dziesięć godzin drogi do najbliższego miejsca, gdzie mógłbym zanocować. Tę wiadomość przyjąłem z lekkim strachem i tym szybciej pożegnałem się z nimi i ruszyłem w drogę.
Mój szlak wiódł dość prosto, mianowicie dnem potoku o nazwie Demirkapijska reka. Zaledwie kilometr, czy półtora to była droga przez las. W latach sześćdziesiątych nie było tam szlaków oznakowanych, a ścieżka dość często rozdwajała się lub miała jeszcze więcej rozgałęzień. Jedynie kamienne kopczyki były drogowskazami.
Po kilku dalszych kilometrach, przy ciągłym rozszerzaniu się widoku na okolicę doszedłem do miejsca w którym przystanąłem, by odpocząć i napawać się
prawdziwie wysokogórskim widokiem.
Oto z prawej i lewej strony ciągnął się mur szczytów, których wysokość przekraczała 2600 metrów. Z lewej strony piętrzyła się Jalowarnika (2774 m), za którą znajdowała się jeszcze wyższa Kamienica (2823 m), zaś z prawej wyrastały szczyty o orientalnych nazwach: Chambartasz (2645 m), Demirczał (2623 m), Czengenczał ( 2709 m). Horyzont dopełniały szczyty wieńczące tę dolinę: Dżano (2656 m) i Kralew Dwor (2684 m).
Z każdym kilometrem ten wyjątkowy obraz zbliżał się do mnie, zaś ścieżka, a właściwie wiele pasterskich ścieżek, wznosiła się coraz to wyżej i wyżej. Właściwie nie czułem zmęczenia drogą, górę wzięły emocje związane z pięknem tego zakątka Pirynu.
Niedaleko, po lewej stronie, błysnęło w słońcu Mitrowo Ezero, gdzie mogłem podziwiać piętrzącą się nad nim dwuwierzchołkową Małką Kamenicę (2690 m). Odtąd mój szlak począł się bystro wspinać na widoczną w oddali przełęcz. Ostatnie kilkaset metrów to była droga w zakosy.
Stanąłem wreszcie na przełęczy o nazwie Kralewdworska Porta (2606 m) i… solidnie odpocząłem. Od wyjścia ze schroniska Piryn minęło około ośmiu godzin. Widok z przełęczy był dla mnie czymś wyjątkowym. Nad doliną leżącą u moich stóp piętrzył się
ogromny masyw widzianej wcześniej, ale z innej strony Kamienicy (2823 m), zaś w dole iskrzyło się
prawdziwe pojezierze z przyciągającym wzrok Tewno Ezero.
Wprawne moje oko dostrzegło niedaleko brzegu tego zbiornika wodnego dach celu mojej dzisiejszej wędrówki –
Zaslon Tewno Ezero. Był to tzw. schron niezagospodarowany, mieszczący na moje oko około 25 miejsc noclegowych na wieloosobowych pryczach.
Zejście z przełęczy do schronu zajęło mi ponad pół godziny. Okazało się, że to miejsce cieszy się bardzo dużym powodzeniem wśród turystów, nie tylko bułgarskich. Wyczerpany (jednak) dzisiejszą wędrówką postanowiłem jak najprędzej skorzystać z noclegu, gramoląc się i rozkładając swój śpiwór wśród około trzydziestu turystów różnej płci na jednej pryczy. Było to jedyne miejsce noclegowe i to na poddaszu. Na parterze znajdowała się sala będąca jednocześnie jadalnią i turystyczną kuchnią dostępną dla wszystkich, którzy akurat przebywali w tym miejscu.
Noc nie była taka, jak w Sandanski. Naokoło rozlegało się donośne chrapanie, poza tym zapachy pochodzące z ust, a także z innych otworów ludzkiego ciała opowiadały o tym, co ci ludzie jedli na kolację (na obiad też). Dominowal czosnek. Byłem jednak tak zmęczony, że usnąłem dość szybko.
schron Tewno Ezero – schronisko pod Wihrenem
Rankiem (około szóstej), gdy nieco się ogarnąłem, wyszedłem
przed schron, by za przykładem bułgarskich turystów podreptać około stu metrów nad brzeg niewielkiego jeziora. Tam znajdowało się miejsce, gdzie można było porządnie się umyć (w zimnej wodzie), co też uczyniłem. Tak orzeźwiony wróciłem, by metodą „na sępa” napić się gorącej herbaty. Okazało się to niezbyt trudne, gdyż będący w schronie tubylcy byli bardzo sympatyczni i gościnni. Nie była to herbata w naszym, polskim wydaniu. Napój ten o nazwie
masztirka był, no właśnie. Sposób przyrządzania tego napoju był następujący. Na blacie kuchni, gdzie żwawo palił się ogień podsycany drewnem, stał olbrzymi, okopcony gar z gotującą się wodą. Bułgarzy wrzucali do środka drobne gałązki krzewów znajdujących się w okolicy i ten wywar gasił pragnienie, choć nie przypominał herbacianego smaku. Jedynie była dolewana woda no i te gałązki.
Stwierdziłem, że czas się wynosić z tego miejsca i iść dalej. W planie miałem dojście albo do schroniska Demianica, albo do schroniska pod Wihrenem. Wybierając się w drogę spotkałem dwie (znowu dwie!) młode Niemki z Berlina. Szły w tym samym kierunku co ja, lecz miały bardziej profesjonalny sprzęt turystyczny niż ja. Trochę na migi, trochę po rosyjsku dowiedziałem się, że chcą iść granią przez Czairską Portę (2430 m), Prewalski Czukar (2608 m), Tipik i Goljam Tipik (2655 i 2654 m), Opreno (2655 m) i Wyzeła (2620 m) do schroniska pod Wihrenem.
Dla mnie było to jednak za duże wyzwanie i pomimo zachęt z ich strony postanowiłem zejść do
doliny Demianicy, co nastąpiło po kilkudziesięciu minutach wspólnej wędrówki i przetrawersowaniu szczytu Waliawiszka Czuka (2652 m).
Po ponad dwugodzinnym zejściu, około dwustu metrów od schroniska Demianica stwierdziłem jednak, że szkoda jednego dnia i jednego płatnego noclegu. Zatem
odpocząłem nieco i wybrałem się ścieżką za drogowskazem pokazującym szlak w kierunku schroniska pod Wihrenem.
Początkowo droga prowadziła dość połogo przez las w kierunku zachodnim, dalej wzdłuż potoku o nazwie Wasilaszki Reka. Tuż przy granicy lasu znajdował się dość duży staw – Wasilaszki Ezero. Znalazłem się w malowniczej dolinie, a właściwie kotle ograniczonym ścianami szczytów: Wasilaszki Czukar (2614 m) i dwuwierzchołkowego Todorin Wrych (2746 m). Ścieżka zaczęła się ostro wznosić i po półtorej godziny męczącego podejścia doszedłem do przełęczy
Todorina Porta (2560 m), gdzie ukazala się w swojej krasie dolina Byndericy, gdzie znajdował się dzisiejszy cel wędrówki, czyli schronisko pod Wihrenem.
Zejście, początkowo wiodące licznymi zakosami i wymagające stałej uwagi, wynagradzał wspaniały widok na najwyższy szczyt Pirynu – Wihren. Droga z przełęczy do schroniska zajęła mi około dwóch godzin.
Schronisko pod Wihrenem leżące na niebagatelnej wysokości 1950 m jest głównym punktem startu do ataku na najwyższy szczyt Pirynu o tej samej nazwie. W pionie jest to prawie tysiąc metrów przewyższenia. Spod schroniska można dostrzec kopułę szczytową Wihrenu, jednak w ogromnym skrócie. Szybko rozgościłem się w jednym z wieloosobowych pomieszczeń mieszczących się na piętrze tego kamiennego budynku. O dziwo, w schronisku tym w umywalce była w miarę ciepła woda, więc skorzystałem z niej kąpiąc się cały. I tak odświeżony zszedłem do sali, w której można było zakupić ciepłe jedzenie i zjeść je na miejscu. Nie pamiętam co zamówiłem, natomiast pamiętam, że pochłonąłem to danie z wilczym apetytem.
Siedzący obok mnie turyści bułgarscy, widząc obcokrajowca zaczęli namawiać mnie na rakiję, którą przynieśli ze sobą (w schronisku nie było wyszynku). Dość powściągliwie, ale jednak dałem się namówić „na kielicha”, a raczej na blaszany kubek. Wypiłem duży łyk i wystarczyło… Grzecznie podziękowałem za ten trunek, dla mnie niemożliwy do degustacji. Właściciele kubka i rakiji roześmieli się tylko, ale nie namawiali mnie na kolejne łyki.
Gdy już zamierzałem iść spać, pojawiły się w schronisku dziewczyny, które poznałem jeszcze rankiem. Były bardzo wyczerpane drogą, którą sobie wybrały. Postanowiłem im pomóc, przynajmniej w tym, iż pokazałem, gdzie mogą się porządnie umyć, a następnie zaprosiłem na schroniskową kolację. Broniły się przed tym, mówiły, że rozstawiły nieopodal swój namiocik i tam pójdą spać. Jednak moja perswazja odniosła na tyle skutek, że – owszem – zjedzą kolację w schronisku, ale później zapraszają do swojego namiotu, by zdać relację z wyprawy, której w tym dniu się podjęły.
Jakoś pomieściliśmy się w niewielkiej „dwójce” we troje i te dziewczyny najpierw powiedziały, że są studentkami i należą do uczelnianego klubu alpinistycznego. Kątem oka zaobserwowałem, że były wyposażone w kaski, liny asekuracyjne i inny „szpej”. Zaimponowalo mnie to, bowiem kilka lat wcześniej sam próbowałem swoich sił wspinaczkowych, będąc członkiem-sympatykiem Klubu Wysokogórskiego i uczestnikiem kilku kursów w Tatrach i skałkach Jury Krakowsko-Częstochowskiej.
Powiedziały mi, że od rozstania naszego na przełęczy Mozgowiszka Porta (2513 m) udały się dalej granią Pirynu, najpierw dość połogą i trawiastą, ale długą, na Baszlijską Portę (2548 m). Stąd już bystro pod górę i podciętymi z obu stron skałami przez Bynderyszki Czukar (2738 m), Donczowi Karauli (2649 m) przeszły na przełęcz Bynderiszka Porta (2501 m) leżącą u stóp szczytu Muratow (2669 m). Przeszły więc granią całe półkole górnego kotła doliny Byndericy. Opowiedziały, że miejscami trzeba było nawet zakładać stanowiska asekuracyjne i zjazdowe dla bezpieczeństwa tej wędrówki.
Z tej ostatniej przełęczy było już widać w oddali schronisko pod Wihrenem. Zmordowane, ale szczęśliwe, miały na tyle jeszcze siły, by postawić na płachetce równego terenu nieopodal schroniska namiot. Widząc, że odpływają ze zmęczenia i tylu emocji w objęcia Morfeusza, wycofałem się i udałem się do swojej, bodajże ośmioosobowej sali, gdzie po kilku chwilach, już w normalnym łóżku położyłem się spać.
Rozmyślając w dość wygodnym, schroniskowym łóżku (nie na pryczy, jak poprzedniej nocy) o drodze, jaką przebyłem… i o poznanych Niemkach, dość szybko zaczął mnie morzyć sen. Nie zważając na rozlegające się z sąsiednich łóżek różne człowiecze odgłosy odszedłem w błogi niebyt. Ostatnia moja myśl była skierowana na to, co miało nastąpić dnia jutrzejszego. A miało to być moje zmierzenie się z najwyższą górą Pirynu – Wihrenem.
Wihren – El Tepe (2914 m)
Obudził mnie hałas dobiegający z sąsiedztwa. Kilku Bułgarów przygotowywało się do wymarszu w góry, pobrzękując naczyniami, dość głośno rozmawiając na temat trasy, jaką mają przebyć, nie przejmując się zbytnio śpiącymi jeszcze mieszkańcami pokoju, w którym i ja pomieszkiwałem. Spojrzałem na zegarek – była godzina szósta rano. Chcąc nie chcąc i ja zacząłem się zbierać. O siódmej otwierane były podwoje bufetu, więc miałem sporo czasu na porządne umycie się i przygotowania się do wędrówki.
Postanowiłem iść „na lekko”, bez plecaka. Miałem niewielką torbę na ramię, do której wtłoczyłem obok obowiązkowego aparatu fotograficznego marki Zenit i dwóch rolek filmu pozytywowego (slajdy) również tabliczkę czekolady, którą udało mi się przywieźć aż tutaj z Warszawy. Wziąłem jeszcze niewielką butelkę z wodą i… dobre chęci.
Prognoza pogody na ten dzień nie była zbyt optymistyczna. Miało być pochmurnie z niewielkimi opadami deszczu i temperaturą powietrza w dolinach około 15 stopni C, zaś na szczytach od pięciu do nawet zera stopni w najwyższych partiach Pirynu (powyżej 2700 m n.p.m.). Pomimo mało zachęcających prognoz postanowiłem wyruszyć zaraz po śniadaniu, które wykupiłem w schronisku.
Rozpytałem się ludzi, którzy również konsumowali posiłek w jadalni, czy ktoś nie idzie na Wihren. Niestety, niektórzy już schodzili w doliny, inni szli w odwrotnym kierunku, to znaczy tam, gdzie już byłem w poprzednich dniach. Ostatnią „deską ratunku” były Niemki, które poznałem jeszcze w schronie Tewnoto Ezero. One jednak postanowiły w tym dniu dać sobie wolne i nigdzie się nie ruszać.
Tak więc, na podbój Wihrenu (2914 m) ruszyłem sam. Przedtem jednak zasięgnąłem porady, którą drogę mam wybrać. Postanowiłem iść szlakiem (kopczyki) dłuższym, rzekomo łagodniejszym, by po osiągnięciu szczytu powrócić do schroniska nieco krótszą, ale bardziej stromą ścieżką.
Pierwsze kilkaset metrów pokonałem dość szybko i doszedłem do miejsca, gdzie mój szlak odbiegał w prawo od ścieżki, którą miałem wracać. Gdy spojrzałem w dół,
dostrzegłem schronisko w którym się zatrzymałem i do którego miałem zamiar wrócić. Szlak, którym zacząłem podążać, biegł wznosząc się niezbyt stromo,
trawersem w poprzek stoków Wihrenu, w kierunku potężnego żebra skalnego o nazwie Dżamdżijew Rib (cokolwiek ma to znaczyć).
Ścieżka, miejscami zanikająca wśród piargów i bloków skalnych, wyprowadziła mnie na małą przełączkę (ok. 2300 m), z której mogłem zajrzeć do obszernej doliny, gdzie dojrzałem na jednym z morenowych pagórków, widoczną z daleka czerwoną sylwetkę schronu alpinistycznego Kazana. Pokonując kolejne podejście dotarłem do tego schronu leżącego na wysokości 2445 m n.p.m.
Schron ten, a właściwie budka o jednym pomieszczeniu wewnątrz przedstawiała obraz tragiczny. Walające się resztki opakowań po konserwach, jakieś łachmany na jedynej, choć dwuosobowej pryczy, w kącie coś na kształt paleniska. Drzwi zamykane na skobel z licznymi szparami. Nie wyobrażam sobie, by można było w czymś takim nocować. A jednak. Z tego miejsca alpiniści wyruszali na drogi wspinaczkowe wiodące poprzez szczątek lodowca (naprawdę!) na słynną wschodnią ścianę Wihrenu.
Siedząc przed schronem, rozmyślałem o możliwości dalszej drogi na Wihren. Pogoda niestety zaczęła się pogarszać i zaczęły pojawiać się krótkie i mało intensywne opady deszczu, a właściwie mżawki. Dookoła nikogo, ani żywej duszy.
Nie wiem, co mnie podkusiło, by iść dalej. A jednak, nieco wypoczęty ruszyłem do góry. I nawet poczułem się lepiej, gdy zobaczyłem, że ścieżka, gęsto opatrzona kopczykami, stała się mniej uciążliwa niż wtedy, gdy trawersowałem zbocze Wihrenu. Co jakiś czas ukazywał mi się ogrom wschodniej ściany Wihrenu i
zawiłe dość w swoim charakterze granie tego potężnego szczytu.
Nieco zmęczony dotarłem do przełęczy Premkata (2610 m) skąd wiodła już droga, a raczej perć na widoczny wysoko ponad moją głową szczyt Wihrenu. Nie namyślając się długo zacząłem pokonywać jedno spiętrzenie po drugim. Bywało, że szedłem na czworakach. Nieco to podejście przypominało tatrzańską drogę z Karbu na Kościelec, lecz tu było większe przewyższenie.
Gdy dotarłem nieopodal szczytu przestało mżyć, choć utrzymywało się dość silne zamglenie.
Szczyt Wihrenu to była jakaś konstrukcja metalowa przypominająca wieżę triangulacyjną, oprócz niej znajdował się postument pod jakiś pomnik a także kilka tablic informujących o alpinistycznych wypadkach śmiertelnych, jakie tu miały miejsce.
Po kilkunastu minutach odpoczynku zacząłem schodzić w stronę przeciwną niż podchodziłem. Dobrze oznakowana kopczykami perć wiodła szerokim zboczem w kierunku wyraźnego obniżenia głównej grani Pirynu o nazwie Kabata. Spoglądając ze zbocza Wihrenu można było dostrzec rozsiane po rozległym terenie napisy (autografy?) utworzone z kamieni, które przypominały o turystycznym sukcesie autorów owych napisów.
Chmury zaczęły ustępować nieśmiałym przebłyskom słońca, widok z każdą chwilą rozszerzał się o kolejne, wyłaniające się z mgły szczyty. Po kilku minutach cała dolina Byndericy kąpała się w słońcu uwidoczniając błyszczące tafle mniejszych i większych jezior (stawów).
Pełen optymizmu zacząłem schodzić ku widocznemu w dole schronisku pod Wihrenem. Gdy doszedłem w pobliże schroniska, z ciekawości podszedłem na wzgórek morenowy na którym rozsiadł się namiot wspomnianych wcześniej przeze mnie dwóch Niemek. Okazało się, że jeszcze nie wróciły z gór. Nieco się zaniepokoiłem, bo słońce zaczęło się wyraźnie zbliżać do horyzontu. Uspokoiłem się po kilku chwilach, gdy usłyszałem znajome głosy dobiegające ze ścieżki.
Dziewczyny były bardzo zmęczone ale szczęśliwe. A ponieważ były Niemkami z DDR, udało się namówić na pogaduchy w języku rosyjskim pomagając sobie również ręcznymi gestami. Ponieważ miały dużo lepszą mapę Pirynu niż ja, można było z dużą dokładnością określić zarówno moją trasę, jak i ich dokonania. Opowiedziały mi, że wejście wspinaczkowe na Muratow Wrych nie sprawiło większych trudności i na dobrą sprawę obyło się bez użycia sprzętu wspinaczkowego w który były nieźle zaopatrzona. Dużo większą trudność sprawiło przejście trasy z dnia poprzedniego. Tam spotkały się z trudnościami wymagającymi użycia liny oraz w kilku miejscach założenia stanowiska asekuracyjnego.
Poinformowały mnie o swoich dalszych planach, a miały je naprawdę ambitne. Chciały przejść przez Todorina Porta do sąsiedniej doliny – Demianicy w której znajdowało się duże schronisko i stamtąd kolejnego już dnia zaatakować smukły, o stromych skalistych ścianach szczyt Dżangał (2729 m) i jako alternatywę pokonać grań Strażyte począwszy od szczytu Kajmakczał (2762m) poprzez Goljama i Bezimiena Straża (2799 i 2801 m) po najwyższy w okolicy Poleżan (2851 m). Zaproponowały mi pójście razem, nawet jeśli miałbym tylko obserwować wspinaczkę. Ja jednak byłem ograniczony czasowo i według moich planów miałem się przemieścić w kolejny bułgarski masyw górski – Riłę. Dziękując im serdecznie skorzystałem z ich map, by już dokładniej określić swoje dalsze górskie cele. Jeszcze tylko wymieniliśmy się adresami (kilka lat później skorzystałem z tego, gdy jechałem do Berlina po… buty do sklepu Salamander).
Z gór Pirynu w góry Riła (schronisko Semkowo)
Gdy następnego dnia, po śniadaniu, wyszedłem przed schronisko, namiotu Niemek już nie było. Pakowałem się niespiesznie, gdyż autobus rejsowy do Bansko, odjeżdżający z leżącego kilkanaście minut zejścia, schroniska Bynderica, miał planowany czas odjazdu na godzinę dwunastą. W każdym razie, w porze obiadowej dotarłem do stacji kolei wąskotorowej w Bansko, gdzie po zapakowaniu się do jednego z pięciu, czy sześciu wagoników, po kilkudziesięciu minutach ruszyłem, na dobre
żegnając się z górami Pirynu. Jadąc pociągiem co i raz zerkałem przez okno by doświadczyć fascynującego widoku na oddalający się z każdym kilometrem
potężny masyw Pirynu.
Wysiadłem na stacji Belica znajdującej się na dalekich peryferiach miasteczka o tej samej nazwie. I znowu,
oczekiwanie na autobus w kierunku miejscowości Semkowo, leżącej wyżej i będącej zalążkiem przyszłego uzdrowiska. Wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu załadowałem się do autobusu, który dowiózł mnie do centrum Semkowa.
O dziwo, z Semkowa do schroniska o tej samej nazwie, prowadziła całkiem niezła droga, lecz musiałem pokonać odległość około dwóch-trzech kilometrów cały czas pod górę. Schronisko okazało się całkiem dużym, murowanym obiektem leżącym na niewielkiej polanie leżącej na wysokości 1750 m). Tak jakoś się składa, że nie pamiętam dokładnie w jaki sposób znalazłem się w sali, w której spędziłem nocleg. Nie pamiętam również ceny, jaką musiałem zapłacić za noc, ani co jadłem na kolację. Pamiętam tylko poranek następnego dnia, gdy postanowiłem wyjść na szlak.
Mój poranek nie odbiegał zasadniczo od poprzednich. Szybkie mycie w zimnej wodzie, oczekiwanie na otwarcie schroniskowej jadalni i konsumpcja tego co stołówkowa garkuchnia miała do dyspozycji. Nie były to wyszukane potrawy, lecz dawały siłę do dalszej wędrówki (np. jajecznica z dwóch jaj ze skrawkami boczku i herbata lub kawa). Podobnie zresztą jak w poprzednich dniach
wyruszyłem w drogę około ósmej.
schronisko Semkowo – schronisko Ribni ezera
Trasę moją, po skonsultowaniu się z przebywającymi bułgarskimi turystami, wyznaczała dość szeroka dolina biegnąca dość połogo w górę. Dnem tej doliny prócz strumienia biegły dość
liczne ścieżki najpierw wiodące przez las, później – od wysokości ok. 2000 m wychodzące na otwarty teren przypominający tatrzańskie hale. Horyzont zamykały dość obłe w kształcie i mało zróżnicowane pod względem wysokości szczyty (obecnie znakowana ścieżka prowadzi sąsiednią doliną i wyprowadza na główny grzbiet Riły nieco na zachód od szczytu Wapa (2527 m).
Idąc już w terenie otwartym co jakiś czas
spotykałem pasterzy wypasających liczne stada owiec. Z zaciekawieniem przyglądali się mnie, idącego samotnie. Pytali, skąd jestem, dokąd tak wędruję i dlaczego sam? Ponieważ już nabyłem pewnych umiejętności w posługiwaniu się językiem bułgarskim, starałem się im wytłumaczyć, że lubię samotnie pokonywać góry, że w Polsce są góry nie tak wysokie jak tu itd…
Wreszcie po ponad trzygodzinnej wędrówce dotarłem do głównego grzbietu Riły w miejscu o nazwie
Gorni Kuki. Jest to rozległy płaskowyż obfitujący w widok zarówno na południe, gdzie majaczą na horyzoncie szczyty Pirynu, jak i na północ, gdzie dominantą jest najwyższy szczyt Riły i Bałkanów – Musała (2926 m). W dole zaś widać iskrzącą się w słońcu taflę Jazuwir Bieli Iskyr (jeziora zaporowego i zbiornika wody pitnej dla Sofii).
Po chwili (dużej!) napawania się
pięknem tego miejsca ruszyłem na zachód granią Riły po drodze mijając raz wznosząc się, raz obniżając szczyt Wapy (2527 m). Następnie mój szlak wykręcił w kierunku północnym i rozpoczął dość dlugi trawers szczytu Kanarata (2700 m). Trawers wyprowadził mnie na niewielką, skalistą przełęcz pomiędzy właśnie
Kanaratą a Josificą (2697 m). Stąd już blisko było do celu mojej dzisiejszej wędrówki, a mianowicie schroniska Ribni Ezera. Ale najpierw trzeba było pokonać liczne zakosy prowadzące stromo trawiasto-skalistym zboczem na dno kotliny, w której rozsiadły się dwa większe (i kilka mniejszych) górskie jeziora pod wspólną nazwą Ribni Ezera.
Schronisko, jak większość bułgarskich schronisk, to jednopiętrowy, kamienny budynek dysponujący około setką miejsc noclegowych w pokojach wieloosobowych, na łóżkach przeważnie piętrowych. Po zameldowaniu się i rozgoszczeniu się na swoim miejscu zszedłem na parter do jadalni by pożywić się nieco. Do wyboru, o dziwo, było całkiem sporo różnych potraw. Po kilku dniach dość kiepskiego odżywiania postanowiłem tym razem „popuścić pasa”. Zamówiłem bob czorbę, czyli zupę fasolową nafaszerowaną warzywami i różnymi ziołami oraz jako danie główne – mussakę, tzn. zapiekankę z ziemniaków, mielonego mięsa i jogurtu, przyozdobioną kremem jajecznym. Za ten zestaw obiadowy zapłaciłem 10 lewa (w tamtych czasach to około 25 zł). Byłbym zapomniał, w tym schronisku było dostępne w sprzedaży piwo. I ten mocno schłodzony trunek okazał się dla mnie napojem, który wprowadził mnie w radosny nastrój.
Najedzony i napity do syta postanowiłem zwiedzić okolicę schroniska i zrobić kilka zdjęć. W pewnym momencie doszły do mnie głosy turystów bułgarskich, że od strony doliny prowadzącej w dół, w kierunku Rylskiego Monastyru, wędruje do schroniska Ribni Ezera dwoje, starszych turystów z Polski. Mówili (Bułgarzy) między sobą, że dziwią się podchodzącej dwójce Polaków, że w takim (podeszłym) wieku zdecydowali się na tak wyczerpującą wędrówkę, niemal dwudziestokilometrową.
Postanowiłem wyjść im naprzeciw. Nie dochodząc do krawędzi wału morenowego i zamykającej ujście Dolno Ribno Ezero tamy, skąd bierze początek Monastyrska Reka ujrzałem podchodzącą
parę turystów. Niebawem doszli do mnie i… byli zaskoczeni, gdy przywitałem ich po polsku. Rzeczywiście para była bardzo charakterystyczna. On – szczupły, wysoki mężczyzna, na oko około siedemdziesiątki. Towarzysząca jemu kobieta była szczupła i przy swoim partnerze po prostu mała. Rysy jej twarzy ukazywaly pewne znamiona osoby z tzw. wyższych sfer.
Przedstawiłem się pierwszy i zapytałem, czy rzeczywiście idą na piechotę od Rylskiego Monastyru, jak opowiadali Bułgarzy. Roześmieli się tylko i powiedzieli:
— Mieliśmy podwózkę ciężarówką dowożącą towar do miejsca kampingowego znajdującego się na wysokości około 2000 metrów. Więc nie była to wędrówka ponad nasze siły. Proponowano nam nocleg w namiocie właśnie tam, dokąd nas dowieziono, ale my postanowiliśmy iść tu, do schroniska.
W odpowiedzi zapytałem się mężczyzny, czy jest on tym słynnym konstruktorem lotniczym?
— Może nie tyle słynnym, co jedynie konstruktorem lotniczym – odpowiedział, zadając mi przy tym pytanie:
— Skąd pan o tym wie?
— Wiem, ponieważ mój ojciec całe swoje życie zawodowe spędził w okolicy lotniska na Okęciu. Jeszcze przed wojną, odbywał służbę wojskową (lata 1936-1937) jako mechanik lotniczy w 1 Pułku Lotniczym stacjonującym na Okęciu. Po jej zakończeniu otrzymał pracę w Państwowych Zakładach Lotniczych. Kilka lat po wojnie powrócił do pracy w odradzających się PZL, przemianowanych na początku lat pięćdziesiątych ub. wieku na nazwę bardziej zakamuflowaną, mianowicie Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego. Jeszcze bodajże w latach 70. XX wieku, na skutek gierkowskiej odwilży powrócono do nazwy sprzed wojny – PZL. Był delegowany często do pracy w Głównym Instytucie Lotnictwa, gdzie pracował jako blacharz – specjalista od omaskowania silników.
— Ooo, to już teraz wiem, skąd wydało mi się znajome pana nazwisko – stwierdził z wyraźną satysfakcją pan Dulęba.
— Pamiętam, że był to najwyższej klasy fachowiec w swojej dziedzinie. Potrafił bez pomocy przyrządów określić co do milimetra położenie obu skrzydeł samolotu względem ziemi.
W tym momencie odezwała się towarzysząca konstruktorowi kobieta:
— A ja jestem Dulębina i zapraszam was na dalszą rozmowę do schroniska i do pokoju, w którym dziś zanocujemy.
Towarzyszyłem tej niecodziennej parze turystów niemal przez cały wieczór. Najpierw w jadalni, gdzie zjedli obiad, a ja tylko wypiłem drugi kufel piwa, a później w ich pokoju (udało im się zdobyć pokój gościnny dwuosobowy, przeznaczony jedynie dla znamienitych gości). Tam rozmawialiśmy o różnych perypetiach związanych ze współczesnymi polskimi konstrukcjami lotniczymi, opowiedziałem również o moich meandrach zawodowych i osobistych. I tak, niewiadomo kiedy, zgasło światło w pokoju, bowiem na noc wyłączano agregat prądotwórczy. Życząc sobie nawzajem dobrej nocy rozstaliśmy się obiecując sobie, że spotkamy się następnego dnia przy śniadaniu.
ze schroniska Ribni ezera do... Samokowa
I tak się stało. Gdy rano zszedłem do jadalni, państwo Dulębowie już po śniadaniu, czekali na mnie. Przepraszając powiedziałem, że musiałem przygotować się do kolejnego dnia mojej wędrówki po Rile. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będzie to naprawdę dlugi, wyczerpujący i obfitujący w przygody dzień. Zaś państwo Dulębowie mieli tą samą drogą powrócić do Rilskiego Monastyru, gdzie zostawili caly swój bagaż.
Kilkadziesiąt minut później, przed schroniskiem Ribni Ezera, pożegnaliśmy się życząc nawzajem udanego dnia.
Przez długi czas
szliśmy równoległymi ścieżkami. Oni kierując się w dół doliny, ja zaś lekko się wznosząc trawersowałem szczyt Josificy (2697 m) i jej długi zbiegający w kierunku północnym grzbiet z kulminacjami wierzchołków Wyzeła (2581 m) i Woden Czał (2688 m). Po przeciwnej stronie doliny, niemal równolegle,
można było podziwiać piękną kotlinę w której rozsiadło się Smradliwe ezero. Za tym ostatnim wzniesieniem ścieżka zaczęła się lekko obniżać wychodząc na miejsce zwane
Kobylino Braniszcze (2145 m)
Jest to rozległy płaskowyż rozdzielający jakby dwa grzbiety gór Riła – południowy, którym wędrowałem i północny o charakterze bardziej alpejskim z kulminacją Maljowicy (2729 m), choć są w okolicy wyższe szczyty (Goljam Kupen – 2731 m). Pośrodku tego płaskowyżu znajdował się (gdy wtedy szedłem) schron niezagospodarowany, czyli niewielka drewniana budka z legowiskiem i paleniskiem wewnątrz.
Z daleka widziałem, że ów schron ma w tym czasie gospodarza. Bowiem nieopodal pasło się duże stado owiec, które były chronione przez kuczki – olbrzymie psy z wyglądu przypominające tzw. Kaukazy. Pasterz, który nadzorował owo stado, widząc mnie schodzącego w kierunku schronu, zagonił psy do wysokiego kojca i… czekał na mnie.
Podchodząc coraz bliżej słyszałem dochodzące z kojca niepokojące warczenie. Pasterz przyjaźnie skinął na mnie i po bułgarsku powiedział, że nie mam się czego obawiać.
Spędziłem w tym miejscu około pół godziny. Najpierw musiałem opowiedzieć skąd jestem, gdzie i po co idę. Poczęstował mnie napojem przypominającym naszą góralską żętycę, mocno schłodzonym i podanym w drewnianym naczyniu. Na koniec mojej wizyty w schronie Kobilino Braniszcze pasterz zapewnił mnie, że wypuści swoje psy dopiero gdy uzna, że znajdę się na tyle daleko i wysoko, iż psy nie pójdą moim tropem.
A jednak. Po około półgodzinnym podejściu moje oczy dostrzegły w dole moment wypuszczenia przez spotkanego w schronie pasterza swoich czworonożnych strażników owiec. Bez namysłu puściły się moim śladem. Całe szczęście, że wiatr im nie sprzyjał. Oddaliły się mniej więcej do jednej trzeciej odległości jaką przebyłem, ponadto w pionie także miałem przewagę około dwustu metrów. W tym momencie zatrzymały się, zaczęły kręcić się w kółko i niechętnie – być może słysząc wołanie ich właściciela – poczęly wracać do swoich owczych obowiązków. W tym momencie zeszło ze mnie napięcie, które powodowało i szybkie bicie serca, i niemal bezwysiłkowy marsz w coraz bardziej stromym terenie.
Jednak
zatrzymałem się na odpoczynek jeszcze kilkaset metrów dalej, w bardzo malowniczym miejscu. Otóż niemal u stóp potężnego szczytu Popowa Kapa (2708 m), w niewielkiej kotlinie odnalazłem niemal pojezierze złożone z kilku niezbyt dużych stawów o nazwie Popowokapski Ezera. Spędziłem w tym miejscu kilkanaście minut rozglądając się wokół w poszukiwaniu dalszej drogi. Wyznaczała ją górska ścieżka znaczona kopczykami, biegnąca ostro pod górę w terenie piarżysto-skalistym. W załomach skalnych zaczęły się pojawiać płaty śniegu nadając tej okolicy bardziej surowy charakter.
Gdy znalazłem się na przegibku ukazała się moim oczom panorama w kierunku północnym. W dali widać było coraz to niższe szczyty niknące gdzieś jeszcze dalej aż do zupełnej, pozbawionej gór równiny.
Okrążyłem od północnej strony szczyt Popowej Kapy i zacząłem się obniżać w kierunku Strasznoto Ezero i schronu niezagospodarowanego znajdującego się nieopodal. Po drodze
spotkałem mężczyznę wiodącego objuczonego osła, idącego w przeciwnym kierunku niż ja.
Kilkanaście minut później znalazłem się nad wymienionym wcześniej stawem… ale nigdzie nie zauważyłem schronu, gdzie mógłbym spędzić noc. Zauważyłem kilku Bułgarów, którzy albo mieli swoje namioty, albo kładli swoje śpiwory na trawie i wyraźnie chcieli w tym miejscu przenocować. Pomimo, że miałem swój śpiwór, nie chciałem spędzić nocy pod gołym niebem. Myślałem, że pomyliłem drogę i schron do którego dążyłem jest jeszcze za jednym wzgórzem morenowym. Zresztą prowadziła tam wykopczykowana ścieżka.
Minąwszy owo wzgórze zobaczyłem nieco w dole jeszcze kilka zbiorników wodnych. Jednak rozglądając się wokół po zejściu na dno kolejnej dolinki nie zauważyłem żadnej budowli przypominającej schron. Natomiast
widok na okalające mnie szczyty był imponujący ze względu na swoją dzikość i górski majestat. Mając na względzie porę dnia, zbliżał się nieuchronnie wieczór, postanowiłem jak najszybciej pójść ścieżkami wiodącymi w dół doliny, myśląc, że w końcu trafię na jakąś „cywilizację”. Okazało się, że byłem w błędzie.
Zmierzchało się, gdy dotarłem do granicy lasu i właściwie bezdrożem wzdłuż dość dużego potoku zacząłem schodzić w dół. W pewnej chwili zobaczyłem w niejakim oddaleniu błyszczące, obserwujące mnie oczy. Wilki, czy psy pasterskie? I jedno, i drugie – niebezpieczne. Znalazłem długi kij, a właściwie gałąź i machając nim i pohukując, czasem wręcz wrzeszcząc na poły ze strachu, próbowałem spłoszyć owe zwierzęta. One jednak, zachowując dystans kilkunastu czy kilkudziesięciu metrów, podążaly za mną. W miejscu mniej zarośniętym dostrzegłem, że to psy pasterskie. Nie warczały na mnie, ale towarzyszyły mi w tej hmm… drodze w dół. Skonstatowałem, że jeśli to są psy pasterskie, to i w okolicy powinni być też pasterze. Niestety, nikogo nie spotkałem. Ale za to, już w zupełnych ciemnościach (nie miałem żadnej latarki) wyszedłem na asfaltową szosę. Spojrzałem w jedną stronę – szosa znikała w lesie, spojrzałem w drugą stronę – to samo. Postanowiłem iść tam, gdzie wydawało mi się, że szosa się obniża. W końcu dotrę do jakiejś miejscowości – pomyślałem.
Idąc tak przez kilkanaście minut usłyszałem w pewnej chwili szum silnika samochodowego. O dziwo, był to autokar turystyczny. Udało mi się zatrzymać ten zbawienny dla mnie pojazd i wsiadłem do środka. Okazało się, że bułgarska wycieczka wracała ze schroniska Maljowica do Samokowa, gdzie mieli zarezerwowany nocleg w hotelu. Gdy opowiedziałem im o moich górskich perypetiach, jakich doświadczyłem tego dnia i trasy jaką pokonałem – nie wierzyli.
Rozstaliśmy się w Samokowie. Tego dnia miałem wyjątkowego pecha i wyjątkowe szczęście, bowiem późnym wieczorem udało mi się jeszcze dotrzeć do czynnego biura Bałkanturistu i dostać nocleg w kwaterze prywatnej. A nazajutrz…
z Samokowa do Rilskiego Monastyru
Wyraźnie zniechęcony przeżyciami poprzedniego dnia postanowiłem odwiedzić Rilski Monastyr. Udałem się więc na dworzec autobusowy w Samokowie
oglądając przy okazji architekturę tego miasta i wsiadłem do autobusu, którym poprzez przełęcz Klisura (1214 m) i miejscowość letniskową Saparowa Bania dotarłem do Dupnicy, gdzie przesiadłem się do kolejnego autobusu zdążającego do Koczerinowa. Tu w oczekiwaniu na autobus, który wreszcie zawiózłby mnie do mitycznego niemal Rilskiego Monastyru,
poznałem Bułgara – niemal rówieśnika, mieszkańca Plewen, który również chciał odwiedzić to miejsce.
I tak, niejako sztafetowo, dotarłem do leżącego w wąskiej i głębokiej dolinie kompleksu Rilskiego Monastyru. Właściwie jedynymi mieszkańcami są mnisi zamieszkujący w kompleksie klasztornym, jakim jest to miejsce. Oprócz sacrum jest także profanum, czyli miejsca hotelowe pod jurysdykcją Bałkanturistu. Zamówiłem nocleg właśnie tu, natomiast poznany przeze mnie Bułgar poszedł na pole namiotowe, by rozbić swój mały namiot.
Kompleks klasztorny Rilskiego Monastyru sprawił na mnie ogromne wrażenie. Podczas zwiedzania nagle znalazłem się jakby w innym świecie. Zarówno po licznych kruszgankach, jak i na obszernym wewnętrznym dziedzińcu można było napotkać mnichów prawosławnych (monachów) oddających się kontemplacjom lub spieszących się na liczne nabożeństwa odprawiane w kilku cerkwiach znajdujących się wewnątrz kompleksu.
Mój wzrok jednak przenosił się często z malowideł pokrywających ściany krużganków w górę, gdzie mogłem podziwiać masyw Maljowicy (2729 m), do której dwa dni wcześniej miałem dużo bliżej lecz nie dotarłem. Cóż, bywa i tak.
Moja przygoda z Pirynem i Riłą właśnie się zakończyła. Ale jeszcze trwała moja podróż po Bułgarii. Z Rilskiego Monastyru autobusem rejsowym następnego dnia dojechałem do Sofii, gdzie również skorzystałem z noclegu w kwaterze prywatnej zaoferowanej przez Bałkanturist. Pobieżnie zapoznałem się z turystycznymi atrakcjami stolicy Bułgarii i następnego dnia rano wsiadłem w pociąg pospieszny jadący bardzo malowniczą trasą wzdłuż pasma Bałkanów przez Kazanłak, Sliwen, Karnobat, by po około dziesięciogodzinnej jeździe dotrzeć do Warny.
Dlaczego do Warny? Otóż miałem wykupiony jeszcze w Polsce bilet na miejsce w wagonie sypialnym jadącym za kilka dni właśnie z tego do Warszawy. Jak spędziłem czas w Warnie… i nie tylko – to już zupełnie inna historia.